Zbudziła się nagle, gwałtownie.
Wszędzie wokół panował hałas. Niemiłosierny, potworny hałas, drażniący boleśnie jej uszy. A do tego ten smród, zmieszany z silną wonią lasu, smród padliny, jakby tuż obok niej leżał trup.
Otworzyła oczy.
O dziwo, znajdowała się w tym samym miejscu, w którym upadła. Co prawda, panował już szary świt i wszelkie niezwykłości lasu zostały przytłumione światłem słonecznym, mimo to Nigdzie nie mogła znaleźć swojej torby ani żadnej części wyposażenia. Ponadto czuła, że jest całkowicie naga.
Jęknęła żałośnie, powstrzymując się od płaczu. Miała wrażenie, że została... Upokorzona. Rozebrana do naga, bezbronna w wielkim, niebezpiecznym lesie. Sama.
Czy może...?
Usłyszała potworny trzask, jakby ktoś złamał drzewo wpół. Obejrzała się.
Na niewielkim konarze siedziała Nali. Przednią łapą przypadkiem ułamała drobną gałązkę. Jej bystre, piękne oczy spoglądały na Shirę z rozbawieniem, wnikając bezpośrednio w jej duszę.
Powinnaś się ubrać, Shiro. - Oznajmiła surowo
-Nie mam jak... Wszystkie moje rzeczy zniknęły. - Odparła Shira. Mimo że wydawało jej się, że mówi niemal szeptem, odczuwała swój głos prawie jak krzyk. Przeszedł ją dreszcz. Skąd taka nadwrażliwość?
Nali cały czas siedziała na gałęzi, wpatrując się w dziewczynę. W końcu z niej zeskoczyła, miękko i bezszelestnie, jak duch. Obeszła Shirę naokoło.
Poczekaj tutaj, zaraz coś ci znajdę. - Powiedziała w końcu i pobiegła gdzieś.
Shira została sama. Tym razem naprawdę. Mimo to czuła zawstydzenie własną nagością. Osłoniła rękoma piersi i usiadła w taki sposób, by zasłonić wszystko to, co trzeba. Coś jednak poważnie uwierało ją w tył pleców, wierciła się więc nieustannie. Nie mogła w ogóle wygodnie usiąść, wstała więc i obróciła się, by zobaczyć, co to takiego, nic jednak nie zobaczyła. Kiedy miała znów usiąść, zahaczyła czymś o gałąź. Poczuła szarpnięcie i pisnęła ze strachu.
Dopiero teraz coś do niej dotarło. Z miejsca, gdzie powinna być kość ogonowa, wyrastała jej prawdziwa, puszysta kita, w której jak najbardziej miała czucie. Bardziej zafascynowana niż przerażona, dotknęła ogona. Taki miękki, ciepły... Futro na nim przypominało w dotyku sierść pewnego bezpańskiego psa, którego w dzieciństwie dokarmiała, z tym, że ta była nieco gęstsza i jakby bardziej zadbana. Ale skąd on wziął się u niej...? Nie potrafiła tego zrozumieć, a już na pewno w żaden logiczny sposób wyjaśnić. Machnęła nim kilka razy na próbę. Działał jak każda inna kończyna. Bez najmniejszego kłopotu nauczyła się nim posługiwać.
Kiedy tak stała, lekko wypięta, próbując dostrzec własną kitę przez plecy, wróciła Nali, trzymając w pysku jakiś tobołek. Upuściła go na ziemię i zaczęła się śmiać. Cicho i nieobraźliwie, raczej z sympatią. Mimo to Shira spochmurniała, obrażona. Podeszła do Nali i zabrała gwałtownie tobołek. Okazał się on być po prostu lnianą koszulą sięgającą jej kolan i długim, ciemnym płaszczem z kapturem. Szybko założyła go na siebie.
-Coś ty ze mną zrobiła? - spytała – Czemu mam ogon? Zmieniłaś mnie w wilkołaka? !
Spokojnie, Shiro. Nic takiego ci nie zrobiłam. - odparła Nali z wyraźnym rozbawieniem. Wyglądało na to, że każda kolejna sytuacja śmieszy ją coraz bardziej.
-Więc skąd mam ogon?!
Nie ma potrzeby zdzierać sobie gardła, człowiecze dziecko. Wszystko jest tak jak ma być. Musisz wykazać się tylko cierpliwością i uwagą, by zrozumieć.
Shirze nie spodobało się określenie „człowiecze dziecko”. Czuła się nim odrobinę poniżona, mimo iż ton Nali wyrażał raczej szacunek. Potrząsnęła głową.
-Ach. Więc mam siedzieć cicho i o nic nie pytać, kiedy nagle wyrasta mi nowa kończyna, do tego porośnięta najzupełniej psim futrem?
Nali roześmiała się. Shira najzupełniej nie rozumiała jej rozbawieni
-Co cię tak śmieszy?
Wilczym – powiedziała Nali przez chichot
-Słucham?
Wilczym. To futro jest wilcze. Ogon jest wilczy. Twoje uszy też są w pełni wilcze.
-Uszy?! - pisnęła przerażona, kładąc dłonie na uszach. Nie były na swoim miejscu. Podniosła ręce nieco wyżej...
Miękkie, puszyste, przyjemne w dotyku futro pokrywało trójkątne, zwierzęce uszy, wyrastające z jej własnej głowy, nieco powyżej miejsca, gdzie powinny znajdować się uszy ludzkie. Shira padła na kolana.
-To sen – powiedziała – To musi być sen. Człowiek nie ma wilczych uszu. Ani wilczego ogona! - zamilkła na chwilę, wsłuchana w intensywne odgłosy lasu, wyczuwając najrozmaitsze zapachy unoszące się w powietrzu - Moje zmysły też są teraz wilcze? - spytała
Nali pokiwała głową.
-Czyli jednak jestem wilkołakiem! - wykrzyknęła przerażona – Ale ja nie chcę, nie chcę! Co, jeśli zacznę polować na ludzi? Napadać na wioski? Wyć do księżyca?!
Nali roześmiała się głośno, kładąc się na boku i opierając głowę na ziemi.
To ostatnie to raczej przyjemna część, której nikt nie może ci zakazać. Nie, Shiro, mój przerażony malutki szczeniaczku, nie jesteś wilkołakiem. Nie będziesz też nikogo zabijać. Nie, to, co cię spotkało nie jest w żadnym razie klątwą.
-W takim wypadku czym jest?
Błogosławieństwem. Darem. Zostałaś wybrana, dziecko. Naprawdę powinnaś się cieszyć
-Wybrana? Wybrana do czego?
Zrozumiesz, kiedy nadejdzie pora. Teraz powinnaś udać się do miasta – Nali odwróciła się do niej tyłem i skierowała się w gąszcz lasu – Kieruj się zapachem ogniska, a znajdziesz drogę.
-A ty? - spytała Shira – Co z tobą?
Ja muszę zająć się kilkoma bardzo istotnymi sprawami. Niedługo się znów spotkamy, możesz być tego pewna.
Posłała jej spojrzenie krwawych, rubinowych oczu i zniknęła, jakby rozpłynęła się w powietrzu. Shira po raz kolejny została sama.
Nie chciała wiedzieć, jak zareagują na nią mieszkańcy jej miasta, gdy wróci wyposażona w wilcze uszy i ogon. Dość gwałtownie reagowali na wszelkie mutacje, z pewnością od razu by ją zabili.
Nie miała zamiaru tam wracać. Ruszyła więc w zupełnie przeciwnym kierunku.
Wilcza Dusza
czwartek, 24 października 2013
sobota, 18 maja 2013
Spotkanie na leśnej drodze
Ciężko było się obudzić. Kolejna nieprzespana noc, a zaraz potem kolejny
ciężki dzień pracy. Wprost doskonała motywacja by wstać.
Nikogo jednak nie obchodziło, że potrzebuję wypoczynku. Miałam wstać i koniec. Jeśli nie, stracę fundusze na utrzymanie siebie przy życiu, a kiedy zginę z głodu, nikt nie śmie zapłakać nad moim grobem. Przejdą co najwyżej obok niego i spytają samych siebie "Kto to był?", jednak nie spróbują sobie na to pytanie odpowiedzieć nigdy. To i tak nie miałoby sensu, w końcu jestem nikim, niczego wielkiego w życiu nie dokonałam, nie byłam bogata ani sławna.
W końcu postanowiłam jednak zakończyć moje poranne rozważania nad życiem i śmiercią. Wstałam z niewygodnej, brudnej pryczy i przeszłam przez ruinę swojego domu wprost do łazienki, uszykować się do pracy. Nie miałam bieżącej wody, opłukałam się więc dokładnie deszczówką zebraną w wyszczerbionej, szarozielonej, plastikowej misce, przebrałam się i wyszłam.
Nie ma to jak kolejny dzień w raju
Miałam stosunkowo łatwą pracę. Polegała tylko na wędrowaniu po szczątkach mojego rodzinnego miasta i szukaniu w opuszczonych domach czegoś, co może się przydać tym, którzy przeżyli wojnę. To przeważnie nie było niczym trudnym, chociaż zdarzały się sytuacje, gdy okazywało się to zamiast tego wyjątkowo niebezpieczne. Nigdy nie było wiadomo, co czai się w mrocznych zakątkach zrujnowanych budynków, jakie zasadzki pozostawiła po sobie niedawno zakończona wojna. Często okazywało się też, że moja praca była całkowicie daremna, kiedy po kilku dniach nieustannych poszukiwań musiałam wracać z pustymi rękami. Mimo tego nikt nie szanował tego zawodu. Ludzi, którzy zajmowali się tym co ja, nazwano Hienami, poniżano nas, odtrącano. Wszyscy uważali, że jesteśmy złodziejami, że nie mamy szacunku dla poległych. Wszyscy nas nienawidzili, a mimo to tylko dzięki nam mieli czym napełnić żołądki, leczyć choroby czy zasilać latarki.
Dlatego też, kiedy wyszłam o świcie do pracy, każdy napotkany przeze mnie człowiek omijał mnie szerokim łukiem i mruczał coś pod nosem pogardliwie. Przyzwyczajona już do takiego traktowania, ignorowałam to i raźno szłam wgłąb pobliskiego lasu. Podobno gdzieś w jego głębi znaleziono opuszczony dom. Mogło być w nim wszystko, czego potrzebowała nasza niewielka osada, tak więc postanowiłam właśnie tam wyruszyć. Wzięłam ze sobą tylko plecak z prowiantem na trzy dni i latarką, a także rozkładane sanie, do których można było też doczepić koła. Nie potrzebowałam więcej na tak mało wymagającą wyprawę.
Gdy przekraczałam granicę wioski, poczułam się nagle jakoś dziwnie. Włosy zjeżyły mi się na całym ciele, ręce zatrzęsły, krew zatętniła szybciej w żyłach. Pomimo tego ruszyłam naprzód. Znałam ten las dość dobrze, wiedziałam, że jeśli będę po nim wędrować w ciągu dnia, nic mi nie grozi.
O tej porze bór jakoś specjalnie nie zachwycał. Ot, zwykłe drzewa, gdzieniegdzie jakieś dziwne, szarawe grzyby, a do tego zapach wilgotnego runa. Gdzieś niedaleko ciągnęła się wydeptana ścieżka, której w nocy nigdy nie wolno było opuścić. Ale teraz nie było nocy, nie musiałam się przejmować.
Wędrówka niemiłosiernie mi się dłużyła. Mijała godzina za godziną, aż zaczęło zmierzchać, a ja wciąż nie odnalazłam poszukiwanego budynku. Byłam wręcz wyczerpana, starałam się trzymać w pobliżu ścieżki, na wypadek, gdybym nie zdążyła schronić się w bezpiecznym budynku przed nastaniem całkowitej nocy. Gdy już miałam zawracać, nagle zauważyłam ukryty wśród drzew, nieduży budynek. Wybiegłam od razu w jego stronę, wyciągając latarkę i nieduży nóż, na wszelki wypadek zabierany przeze mnie na każdą wyprawę. Jakieś dziwne przeczucie kazało mi już wracać, ale zignorowałam je, przechodząc przez próg i wymijając na wpół wyważone drzwi. Na pierwszy rzut oka wszystko tu było w porządku, mimo tego, że panowały tu egipskie ciemności. Owszem, walało się tu wiele nieprzyjemnych w dotyku, cuchnących rzeczy, ale tak było zawsze. Zaczęłam rozglądać się w poszukiwaniu czegoś przydatnego, świeciłam latarką po ścianach, podłogach, zniszczonych szafach, stołach... Panował tu niesamowity bałagan, lecz żaden z przedmiotów walających się po domu nie przydałby się do niczego. Nagle po plecach przeszły mi potworne ciarki. Usłyszałam potworny charkot, do moich nozdrzy doszedł słodkawy smród gnijących zwłok. Najgorsze jednak było to szuranie i uczucie, że coś stoi tuż za mną, że jestem w niebezpieczeństwie. Niewiele myśląc, zaświeciłam latarką za siebie. Nic nie dostrzegłam. Przerażona, oświetliłam sufit...
Jęknęłam, przerażona. Sklepienie budynku całe wymalowane było czerwonymi kręgami, spływającymi częściowo na ściany. Dopiero po jakimś czasie uświadomiłam sobie, co posłużyło za farbę do namalowania tych symboli. Zasłoniłam usta ręką i puściłam się biegiem na zewnątrz. Tam jednak czekała na mnie jeszcze jedna niespodzianka - drzwi, jeszcze kilka minut wcześniej ledwie trzymające się framugi, teraz były zamknięte na klucz. Krzyknęłam, w panice uderzając w nie pięścią. Szuranie potwornych łapsk po spleśniałej, brudnej podłodze było coraz bliżej, a ja stałam bezradnie pod drzwiami, próbując się wydostać. Na nic zdawało się szarpanie klamki, uderzanie pięścią w twarde, dębowe drewno. To było jak szamotanie się ryby złapanej w sieć. Jednak strach przed potworem wyzwolił we mnie nową siłę. Cofnęłam się od drzwi, po czym wzięłam rozpęd i uderzyłam w nie całą siłą swojego ciała. Drewno gwałtownie odpuściło, drzwi rozpadły się na kawałki, spróchniałe deski padły na ziemię. Coś za mną zasyczało, wrzasnęło potwornie i uciekło znów w głąb domu. Postanowiłam się już nad niczym nie zastanawiać i szybkim krokiem ruszyłam w stronę ścieżki. Wiedziałam, że cokolwiek było w tamtym domu, nie wyjdzie na zewnątrz. Dlatego ogarnął mnie niezwykły w takiej sytuacji, lecz upragniony przeze mnie spokój, poczucie bezpieczeństwa. Gdy po chwili znalazłam leśną ścieżkę, pomyślałam, że niczego więcej już w życiu nie pragnę.
I dopiero wtedy mogłam się tu rozejrzeć.
Trzeba przyznać, że ten las nocą był wyjątkowo piękny lecz równocześnie niesamowicie przerażający - zielone bądź niebieskie, świecące grzyby, porastające konary i ziemię wokół sękatych drzew o powyginanych, przypominających ludzkie dłonie gałęziach, drżących przy najmniejszym powiewie, a do tego nieustanne trzaski pękających gałęzi i cienie rzucane przez zielonobłękitne luminescencje hub - wszystko to nadawało temu miejscu aury tajemniczości i magii, jakby zaklęte zostały tu jakieś potężne, tajemne istoty, powoli przekształcające las w część swojego niesamowitego, cudownego świata. W niemym zachwycie nad niezwykłością tych terenów, przemierzałam równo wydeptaną ścieżkę, z której za żadne skarby nie wolno mi było o tej porze zboczyć - jeśli tylko bym to zrobiła, nie mogłabym jej ponownie odnaleźć, a ten, kto zbłądzi w tym niebezpiecznym lesie ma prawie zerowe szanse na przeżycie.
Tak więc szłam, ostrożnie i cicho stawiając każdy kolejny krok, by przypadkowym hałasem nie zbudzić jakiegoś śpiącego w pobliżu, magicznego monstra. Zatrzymał mnie dopiero delikatny, lecz jak gdyby zamierzony szelest i jakiś śnieżnobiały kształt, który przemknął w poprzek ścieżki. W panującym tu mroku, którego nie rozrzedzały nawet luminescencyjne grzyby nie mogłam rozpoznać tej istoty. Dlatego zatrzymałam się, przerażona. Strach ścisnął mi serce, zamroczył umysł. Chciałam zawrócić... Ale dokąd? Do ruin tego przeklętego domu, pełnego mrocznych, krwawych symboli i kręgów? Z całą pewnością odwrót nie wchodził w grę. Rozejrzałam się jednak naokoło. Gdzieś w dali dostrzegłam czerwone światło płomienia. "Ludzie" pomyślałam i już miałam zejść z bezpiecznej ścieżki, gdy nagle ów biały kształt znów przemknął przed moimi oczami. Jego widok przywrócił mi rozum, chęć opuszczenia drogi minęła, gdy uświadomiłam sobie, że te światła to najpewniej tylko błędne ogniki lub elfy, które zwabią mnie na manowce. Już wolałam iść wzdłuż tego wąskiego, prawie niewidocznego traktu, niż zbliżać się do nich, nieważne, czy przez drogę przebiegał zwykły biały zając czy jakiś potwór z baśni dla dzieci. W każdym razie wybranie innej drogi na pewno było dużo gorszym wyjściem.
Nie zdążyłam ujść nawet dziesięciu kroków, gdy ponownie usłyszałam ten szelest, tym razem za sobą. Na plecach poczułam czyjś wzrok.Wszystkie komórki mojego ciała kazały mi się nie odwracać, lecz dalej biec przed siebie na łeb na szyję, lecz dziwne przeczucie zatrzymało mnie w miejscu. Stanęłam więc, cała trzęsąc się ze strachu, a po kilku sekundach wahania, spojrzałam za siebie. Zbladłam, przerażona.
Na samym środku drogi siedziało stworzenie, będące z budowy czymś pomiędzy lisem a wilkiem. W większości pokryte było perłowobiałym, połyskującym futrem, lecz jego ogon, uszy, a także sierść pomiędzy przednimi łapami miały barwę smolistej czerni. Oba kolory były od siebie oddzielone wyraźnymi granicami, w żadnym miejscu się nie zlewały. Lecz to nie to tak bardzo mnie przeraziło. Najgorsze były jego oczy - rubinowoczerwone, lśniące, inteligentne ślepia, wlepione we mnie, zaglądające w głąb mojej duszy, odbijające ją. To one sprawiły, że zapragnęłam jak najszybciej oddalić się od tego dziwnego stworzenia. Ono jednak, jakby wyczuwając moje zamiary, zamerdało przyjaźnie ogonem i spuściło nieco wzrok, bym nie czuła się tak speszona. Kiedy w tej chwili na nie patrzyłam, ni rozumiałam, co mnie tak przerażało - to "coś" sięgało mi na siedząco nieco ponad kolana, do tego wydawało się takie czyste, niewinne. Poczułam błogi spokój i już wiedziałam, że ta istota jeszcze nigdy ni zrobiła nikomu krzywdy. Wręcz przeciwnie. Uklęknęłam więc przed nim i nieśmiało, szeptem, spytałam:
-Możesz odprowadzić mnie do skraju lasu?
Lis-wilk wstał nagle i machnął jednokrotnie ogonem. Każdy wykonywany przez niego ruch był pełen gracji, patrzyło się na niego z zachwytem. Istota ta jednak uznała widocznie moją prośbę za ubliżającą jej godności i zmrużyła badawczo oczy. Chciała, bym wyjaśniła, dlaczego ma ze mną iść. Czułam to.
-Boję się teraz iść tym lasem sama. Jeśli będziesz mi towarzyszyć, strach stanie się słabszy.
Stworzenie znów machnęło ogonem, tym razem dwukrotnie, po czym z powrotem usiadło.
Shira.
Przestraszyłam się, gdy usłyszałam swoje imię. Brzmiało to jakby ktoś, jakieś dziecko lub młoda dziewczyna, szeptało je wewnątrz mojej głowy. Przeszedł mnie wyjątkowo nieprzyjemny dreszcz. Uznałam je jednak za wybryk mojej wyobraźni. Postanowiłam zagłuszyć ciszę panującą w tym lesie własnym głosem, uznawszy, że to przez ten właśnie bezdźwięk doznaję takich złudzeń.
-To jak, pójdziesz ze mną? Z tobą będzie mi dużo mniej...
Jesteś tu TYLKO ty, Shira.
Dobra, to była już lekka przesada. Takie szepty rozlegają się zawsze w chwilach całkowitego milczenia, nie przerywają w pół zdania. Lis-wilk machnął ponownie ogonem, wydawał mi się czymś lekko rozbawiony. Nagle coś do mnie dotarło.
-To TY to mówisz! - prawie wykrzyknęłam, zdumiona. Stworzenie jakby się uśmiechnęło i mrugnęło powoli, na znak, że to co mówię, jest zgodne z prawdą.
-W jakim sensie jestem tu tylko ja? - spytałam
Niedługo zrozumiesz, Shiro.
-Skąd znasz moje imię? - w tej chwili chciałam zadać tej istocie tysiące pytań, a mimo to zadałam tylko to jedno, wyjaśniające najmniej. Innych z jakiegoś powodu nie umiałam wymówić, ukształtować w zdanie.
Znam imiona wszystkich ludzi.
Mówiła to z lekkim oburzeniem, jakby to było takie oczywiste. Niecierpliwie machała ogonem, zirytowana moją ignorancją.
-Wybacz, ale niewiele rozumiem.
Zmrużyła groźnie swoje krwawe ślepia. Znów zajrzała wgłąb mojej duszy, czułam to.
Chodź za mną. Dla ścisłości, możesz zwracać się do mnie Nali.
Wstała i zeszła ze ścieżki, prowadząc mnie gdzieś w las, przez jego najmroczniejsze zaułki. Z trudem za nią nadążałam, potykałam się o większość gałęzi. Zawsze wtedy Nali siadała, patrzyła na mnie z pogardą, i czekała aż wstanę. Od razu potem ruszała w dalszą drogę, nie oglądając się za siebie. Zatrzymała się dopiero na polanie, porośniętej niezwykłymi, świecącymi miliardem barw roślinami. Wydawało mi się, że znów się uśmiecha. Usiadłam, zmęczona, na trawie przed nią. Poczułam nagle senność, wbrew własnej woli osuwałam się na ziemię. Spod półprzymkniętych powiek zdołałam dostrzec jeszcze tylko srebrzystą łunę, która zaczęła roztaczać się wokół Nali. Zaraz potem straciłam świadomość.
Nikogo jednak nie obchodziło, że potrzebuję wypoczynku. Miałam wstać i koniec. Jeśli nie, stracę fundusze na utrzymanie siebie przy życiu, a kiedy zginę z głodu, nikt nie śmie zapłakać nad moim grobem. Przejdą co najwyżej obok niego i spytają samych siebie "Kto to był?", jednak nie spróbują sobie na to pytanie odpowiedzieć nigdy. To i tak nie miałoby sensu, w końcu jestem nikim, niczego wielkiego w życiu nie dokonałam, nie byłam bogata ani sławna.
W końcu postanowiłam jednak zakończyć moje poranne rozważania nad życiem i śmiercią. Wstałam z niewygodnej, brudnej pryczy i przeszłam przez ruinę swojego domu wprost do łazienki, uszykować się do pracy. Nie miałam bieżącej wody, opłukałam się więc dokładnie deszczówką zebraną w wyszczerbionej, szarozielonej, plastikowej misce, przebrałam się i wyszłam.
Nie ma to jak kolejny dzień w raju
Miałam stosunkowo łatwą pracę. Polegała tylko na wędrowaniu po szczątkach mojego rodzinnego miasta i szukaniu w opuszczonych domach czegoś, co może się przydać tym, którzy przeżyli wojnę. To przeważnie nie było niczym trudnym, chociaż zdarzały się sytuacje, gdy okazywało się to zamiast tego wyjątkowo niebezpieczne. Nigdy nie było wiadomo, co czai się w mrocznych zakątkach zrujnowanych budynków, jakie zasadzki pozostawiła po sobie niedawno zakończona wojna. Często okazywało się też, że moja praca była całkowicie daremna, kiedy po kilku dniach nieustannych poszukiwań musiałam wracać z pustymi rękami. Mimo tego nikt nie szanował tego zawodu. Ludzi, którzy zajmowali się tym co ja, nazwano Hienami, poniżano nas, odtrącano. Wszyscy uważali, że jesteśmy złodziejami, że nie mamy szacunku dla poległych. Wszyscy nas nienawidzili, a mimo to tylko dzięki nam mieli czym napełnić żołądki, leczyć choroby czy zasilać latarki.
Dlatego też, kiedy wyszłam o świcie do pracy, każdy napotkany przeze mnie człowiek omijał mnie szerokim łukiem i mruczał coś pod nosem pogardliwie. Przyzwyczajona już do takiego traktowania, ignorowałam to i raźno szłam wgłąb pobliskiego lasu. Podobno gdzieś w jego głębi znaleziono opuszczony dom. Mogło być w nim wszystko, czego potrzebowała nasza niewielka osada, tak więc postanowiłam właśnie tam wyruszyć. Wzięłam ze sobą tylko plecak z prowiantem na trzy dni i latarką, a także rozkładane sanie, do których można było też doczepić koła. Nie potrzebowałam więcej na tak mało wymagającą wyprawę.
Gdy przekraczałam granicę wioski, poczułam się nagle jakoś dziwnie. Włosy zjeżyły mi się na całym ciele, ręce zatrzęsły, krew zatętniła szybciej w żyłach. Pomimo tego ruszyłam naprzód. Znałam ten las dość dobrze, wiedziałam, że jeśli będę po nim wędrować w ciągu dnia, nic mi nie grozi.
O tej porze bór jakoś specjalnie nie zachwycał. Ot, zwykłe drzewa, gdzieniegdzie jakieś dziwne, szarawe grzyby, a do tego zapach wilgotnego runa. Gdzieś niedaleko ciągnęła się wydeptana ścieżka, której w nocy nigdy nie wolno było opuścić. Ale teraz nie było nocy, nie musiałam się przejmować.
Wędrówka niemiłosiernie mi się dłużyła. Mijała godzina za godziną, aż zaczęło zmierzchać, a ja wciąż nie odnalazłam poszukiwanego budynku. Byłam wręcz wyczerpana, starałam się trzymać w pobliżu ścieżki, na wypadek, gdybym nie zdążyła schronić się w bezpiecznym budynku przed nastaniem całkowitej nocy. Gdy już miałam zawracać, nagle zauważyłam ukryty wśród drzew, nieduży budynek. Wybiegłam od razu w jego stronę, wyciągając latarkę i nieduży nóż, na wszelki wypadek zabierany przeze mnie na każdą wyprawę. Jakieś dziwne przeczucie kazało mi już wracać, ale zignorowałam je, przechodząc przez próg i wymijając na wpół wyważone drzwi. Na pierwszy rzut oka wszystko tu było w porządku, mimo tego, że panowały tu egipskie ciemności. Owszem, walało się tu wiele nieprzyjemnych w dotyku, cuchnących rzeczy, ale tak było zawsze. Zaczęłam rozglądać się w poszukiwaniu czegoś przydatnego, świeciłam latarką po ścianach, podłogach, zniszczonych szafach, stołach... Panował tu niesamowity bałagan, lecz żaden z przedmiotów walających się po domu nie przydałby się do niczego. Nagle po plecach przeszły mi potworne ciarki. Usłyszałam potworny charkot, do moich nozdrzy doszedł słodkawy smród gnijących zwłok. Najgorsze jednak było to szuranie i uczucie, że coś stoi tuż za mną, że jestem w niebezpieczeństwie. Niewiele myśląc, zaświeciłam latarką za siebie. Nic nie dostrzegłam. Przerażona, oświetliłam sufit...
Jęknęłam, przerażona. Sklepienie budynku całe wymalowane było czerwonymi kręgami, spływającymi częściowo na ściany. Dopiero po jakimś czasie uświadomiłam sobie, co posłużyło za farbę do namalowania tych symboli. Zasłoniłam usta ręką i puściłam się biegiem na zewnątrz. Tam jednak czekała na mnie jeszcze jedna niespodzianka - drzwi, jeszcze kilka minut wcześniej ledwie trzymające się framugi, teraz były zamknięte na klucz. Krzyknęłam, w panice uderzając w nie pięścią. Szuranie potwornych łapsk po spleśniałej, brudnej podłodze było coraz bliżej, a ja stałam bezradnie pod drzwiami, próbując się wydostać. Na nic zdawało się szarpanie klamki, uderzanie pięścią w twarde, dębowe drewno. To było jak szamotanie się ryby złapanej w sieć. Jednak strach przed potworem wyzwolił we mnie nową siłę. Cofnęłam się od drzwi, po czym wzięłam rozpęd i uderzyłam w nie całą siłą swojego ciała. Drewno gwałtownie odpuściło, drzwi rozpadły się na kawałki, spróchniałe deski padły na ziemię. Coś za mną zasyczało, wrzasnęło potwornie i uciekło znów w głąb domu. Postanowiłam się już nad niczym nie zastanawiać i szybkim krokiem ruszyłam w stronę ścieżki. Wiedziałam, że cokolwiek było w tamtym domu, nie wyjdzie na zewnątrz. Dlatego ogarnął mnie niezwykły w takiej sytuacji, lecz upragniony przeze mnie spokój, poczucie bezpieczeństwa. Gdy po chwili znalazłam leśną ścieżkę, pomyślałam, że niczego więcej już w życiu nie pragnę.
I dopiero wtedy mogłam się tu rozejrzeć.
Trzeba przyznać, że ten las nocą był wyjątkowo piękny lecz równocześnie niesamowicie przerażający - zielone bądź niebieskie, świecące grzyby, porastające konary i ziemię wokół sękatych drzew o powyginanych, przypominających ludzkie dłonie gałęziach, drżących przy najmniejszym powiewie, a do tego nieustanne trzaski pękających gałęzi i cienie rzucane przez zielonobłękitne luminescencje hub - wszystko to nadawało temu miejscu aury tajemniczości i magii, jakby zaklęte zostały tu jakieś potężne, tajemne istoty, powoli przekształcające las w część swojego niesamowitego, cudownego świata. W niemym zachwycie nad niezwykłością tych terenów, przemierzałam równo wydeptaną ścieżkę, z której za żadne skarby nie wolno mi było o tej porze zboczyć - jeśli tylko bym to zrobiła, nie mogłabym jej ponownie odnaleźć, a ten, kto zbłądzi w tym niebezpiecznym lesie ma prawie zerowe szanse na przeżycie.
Tak więc szłam, ostrożnie i cicho stawiając każdy kolejny krok, by przypadkowym hałasem nie zbudzić jakiegoś śpiącego w pobliżu, magicznego monstra. Zatrzymał mnie dopiero delikatny, lecz jak gdyby zamierzony szelest i jakiś śnieżnobiały kształt, który przemknął w poprzek ścieżki. W panującym tu mroku, którego nie rozrzedzały nawet luminescencyjne grzyby nie mogłam rozpoznać tej istoty. Dlatego zatrzymałam się, przerażona. Strach ścisnął mi serce, zamroczył umysł. Chciałam zawrócić... Ale dokąd? Do ruin tego przeklętego domu, pełnego mrocznych, krwawych symboli i kręgów? Z całą pewnością odwrót nie wchodził w grę. Rozejrzałam się jednak naokoło. Gdzieś w dali dostrzegłam czerwone światło płomienia. "Ludzie" pomyślałam i już miałam zejść z bezpiecznej ścieżki, gdy nagle ów biały kształt znów przemknął przed moimi oczami. Jego widok przywrócił mi rozum, chęć opuszczenia drogi minęła, gdy uświadomiłam sobie, że te światła to najpewniej tylko błędne ogniki lub elfy, które zwabią mnie na manowce. Już wolałam iść wzdłuż tego wąskiego, prawie niewidocznego traktu, niż zbliżać się do nich, nieważne, czy przez drogę przebiegał zwykły biały zając czy jakiś potwór z baśni dla dzieci. W każdym razie wybranie innej drogi na pewno było dużo gorszym wyjściem.
Nie zdążyłam ujść nawet dziesięciu kroków, gdy ponownie usłyszałam ten szelest, tym razem za sobą. Na plecach poczułam czyjś wzrok.Wszystkie komórki mojego ciała kazały mi się nie odwracać, lecz dalej biec przed siebie na łeb na szyję, lecz dziwne przeczucie zatrzymało mnie w miejscu. Stanęłam więc, cała trzęsąc się ze strachu, a po kilku sekundach wahania, spojrzałam za siebie. Zbladłam, przerażona.
Na samym środku drogi siedziało stworzenie, będące z budowy czymś pomiędzy lisem a wilkiem. W większości pokryte było perłowobiałym, połyskującym futrem, lecz jego ogon, uszy, a także sierść pomiędzy przednimi łapami miały barwę smolistej czerni. Oba kolory były od siebie oddzielone wyraźnymi granicami, w żadnym miejscu się nie zlewały. Lecz to nie to tak bardzo mnie przeraziło. Najgorsze były jego oczy - rubinowoczerwone, lśniące, inteligentne ślepia, wlepione we mnie, zaglądające w głąb mojej duszy, odbijające ją. To one sprawiły, że zapragnęłam jak najszybciej oddalić się od tego dziwnego stworzenia. Ono jednak, jakby wyczuwając moje zamiary, zamerdało przyjaźnie ogonem i spuściło nieco wzrok, bym nie czuła się tak speszona. Kiedy w tej chwili na nie patrzyłam, ni rozumiałam, co mnie tak przerażało - to "coś" sięgało mi na siedząco nieco ponad kolana, do tego wydawało się takie czyste, niewinne. Poczułam błogi spokój i już wiedziałam, że ta istota jeszcze nigdy ni zrobiła nikomu krzywdy. Wręcz przeciwnie. Uklęknęłam więc przed nim i nieśmiało, szeptem, spytałam:
-Możesz odprowadzić mnie do skraju lasu?
Lis-wilk wstał nagle i machnął jednokrotnie ogonem. Każdy wykonywany przez niego ruch był pełen gracji, patrzyło się na niego z zachwytem. Istota ta jednak uznała widocznie moją prośbę za ubliżającą jej godności i zmrużyła badawczo oczy. Chciała, bym wyjaśniła, dlaczego ma ze mną iść. Czułam to.
-Boję się teraz iść tym lasem sama. Jeśli będziesz mi towarzyszyć, strach stanie się słabszy.
Stworzenie znów machnęło ogonem, tym razem dwukrotnie, po czym z powrotem usiadło.
Shira.
Przestraszyłam się, gdy usłyszałam swoje imię. Brzmiało to jakby ktoś, jakieś dziecko lub młoda dziewczyna, szeptało je wewnątrz mojej głowy. Przeszedł mnie wyjątkowo nieprzyjemny dreszcz. Uznałam je jednak za wybryk mojej wyobraźni. Postanowiłam zagłuszyć ciszę panującą w tym lesie własnym głosem, uznawszy, że to przez ten właśnie bezdźwięk doznaję takich złudzeń.
-To jak, pójdziesz ze mną? Z tobą będzie mi dużo mniej...
Jesteś tu TYLKO ty, Shira.
Dobra, to była już lekka przesada. Takie szepty rozlegają się zawsze w chwilach całkowitego milczenia, nie przerywają w pół zdania. Lis-wilk machnął ponownie ogonem, wydawał mi się czymś lekko rozbawiony. Nagle coś do mnie dotarło.
-To TY to mówisz! - prawie wykrzyknęłam, zdumiona. Stworzenie jakby się uśmiechnęło i mrugnęło powoli, na znak, że to co mówię, jest zgodne z prawdą.
-W jakim sensie jestem tu tylko ja? - spytałam
Niedługo zrozumiesz, Shiro.
-Skąd znasz moje imię? - w tej chwili chciałam zadać tej istocie tysiące pytań, a mimo to zadałam tylko to jedno, wyjaśniające najmniej. Innych z jakiegoś powodu nie umiałam wymówić, ukształtować w zdanie.
Znam imiona wszystkich ludzi.
Mówiła to z lekkim oburzeniem, jakby to było takie oczywiste. Niecierpliwie machała ogonem, zirytowana moją ignorancją.
-Wybacz, ale niewiele rozumiem.
Zmrużyła groźnie swoje krwawe ślepia. Znów zajrzała wgłąb mojej duszy, czułam to.
Chodź za mną. Dla ścisłości, możesz zwracać się do mnie Nali.
Wstała i zeszła ze ścieżki, prowadząc mnie gdzieś w las, przez jego najmroczniejsze zaułki. Z trudem za nią nadążałam, potykałam się o większość gałęzi. Zawsze wtedy Nali siadała, patrzyła na mnie z pogardą, i czekała aż wstanę. Od razu potem ruszała w dalszą drogę, nie oglądając się za siebie. Zatrzymała się dopiero na polanie, porośniętej niezwykłymi, świecącymi miliardem barw roślinami. Wydawało mi się, że znów się uśmiecha. Usiadłam, zmęczona, na trawie przed nią. Poczułam nagle senność, wbrew własnej woli osuwałam się na ziemię. Spod półprzymkniętych powiek zdołałam dostrzec jeszcze tylko srebrzystą łunę, która zaczęła roztaczać się wokół Nali. Zaraz potem straciłam świadomość.
Subskrybuj:
Posty (Atom)