Ciężko było się obudzić. Kolejna nieprzespana noc, a zaraz potem kolejny
ciężki dzień pracy. Wprost doskonała motywacja by wstać.
Nikogo
jednak nie obchodziło, że potrzebuję wypoczynku. Miałam wstać i koniec.
Jeśli nie, stracę fundusze na utrzymanie siebie przy życiu, a kiedy
zginę z głodu, nikt nie śmie zapłakać nad moim grobem. Przejdą co
najwyżej obok niego i spytają samych siebie "Kto to był?", jednak nie
spróbują sobie na to pytanie odpowiedzieć nigdy. To i tak nie miałoby
sensu, w końcu jestem nikim, niczego wielkiego w życiu nie dokonałam,
nie byłam bogata ani sławna.
W końcu postanowiłam jednak zakończyć
moje poranne rozważania nad życiem i śmiercią. Wstałam z niewygodnej,
brudnej pryczy i przeszłam przez ruinę swojego domu wprost do łazienki,
uszykować się do pracy. Nie miałam bieżącej wody, opłukałam się więc
dokładnie deszczówką zebraną w wyszczerbionej, szarozielonej,
plastikowej misce, przebrałam się i wyszłam.
Nie ma to jak kolejny dzień w raju
Miałam
stosunkowo łatwą pracę. Polegała tylko na wędrowaniu po szczątkach
mojego rodzinnego miasta i szukaniu w opuszczonych domach czegoś, co
może się przydać tym, którzy przeżyli wojnę. To przeważnie nie było
niczym trudnym, chociaż zdarzały się sytuacje, gdy okazywało się to
zamiast tego wyjątkowo niebezpieczne. Nigdy nie było wiadomo, co czai
się w mrocznych zakątkach zrujnowanych budynków, jakie zasadzki
pozostawiła po sobie niedawno zakończona wojna. Często okazywało się
też, że moja praca była całkowicie daremna, kiedy po kilku dniach
nieustannych poszukiwań musiałam wracać z pustymi rękami. Mimo tego nikt
nie szanował tego zawodu. Ludzi, którzy zajmowali się tym co ja,
nazwano Hienami, poniżano nas, odtrącano. Wszyscy uważali, że jesteśmy
złodziejami, że nie mamy szacunku dla poległych. Wszyscy nas
nienawidzili, a mimo to tylko dzięki nam mieli czym napełnić żołądki,
leczyć choroby czy zasilać latarki.
Dlatego też, kiedy wyszłam o
świcie do pracy, każdy napotkany przeze mnie człowiek omijał mnie
szerokim łukiem i mruczał coś pod nosem pogardliwie. Przyzwyczajona już
do takiego traktowania, ignorowałam to i raźno szłam wgłąb pobliskiego
lasu. Podobno gdzieś w jego głębi znaleziono opuszczony dom. Mogło być w
nim wszystko, czego potrzebowała nasza niewielka osada, tak więc
postanowiłam właśnie tam wyruszyć. Wzięłam ze sobą tylko plecak z
prowiantem na trzy dni i latarką, a także rozkładane sanie, do których
można było też doczepić koła. Nie potrzebowałam więcej na tak mało
wymagającą wyprawę.
Gdy przekraczałam granicę wioski, poczułam się
nagle jakoś dziwnie. Włosy zjeżyły mi się na całym ciele, ręce
zatrzęsły, krew zatętniła szybciej w żyłach. Pomimo tego ruszyłam
naprzód. Znałam ten las dość dobrze, wiedziałam, że jeśli będę po nim
wędrować w ciągu dnia, nic mi nie grozi.
O tej porze bór jakoś
specjalnie nie zachwycał. Ot, zwykłe drzewa, gdzieniegdzie jakieś
dziwne, szarawe grzyby, a do tego zapach wilgotnego runa. Gdzieś
niedaleko ciągnęła się wydeptana ścieżka, której w nocy nigdy nie wolno
było opuścić. Ale teraz nie było nocy, nie musiałam się przejmować.
Wędrówka
niemiłosiernie mi się dłużyła. Mijała godzina za godziną, aż zaczęło
zmierzchać, a ja wciąż nie odnalazłam poszukiwanego budynku. Byłam wręcz
wyczerpana, starałam się trzymać w pobliżu ścieżki, na wypadek, gdybym
nie zdążyła schronić się w bezpiecznym budynku przed nastaniem
całkowitej nocy. Gdy już miałam zawracać, nagle zauważyłam ukryty wśród
drzew, nieduży budynek. Wybiegłam od razu w jego stronę, wyciągając
latarkę i nieduży nóż, na wszelki wypadek zabierany przeze mnie na każdą
wyprawę. Jakieś dziwne przeczucie kazało mi już wracać, ale
zignorowałam je, przechodząc przez próg i wymijając na wpół wyważone
drzwi. Na pierwszy rzut oka wszystko tu było w porządku, mimo tego, że
panowały tu egipskie ciemności. Owszem, walało się tu wiele
nieprzyjemnych w dotyku, cuchnących rzeczy, ale tak było zawsze.
Zaczęłam rozglądać się w poszukiwaniu czegoś przydatnego, świeciłam
latarką po ścianach, podłogach, zniszczonych szafach, stołach... Panował
tu niesamowity bałagan, lecz żaden z przedmiotów walających się po domu
nie przydałby się do niczego. Nagle po plecach przeszły mi potworne
ciarki. Usłyszałam potworny charkot, do moich nozdrzy doszedł słodkawy
smród gnijących zwłok. Najgorsze jednak było to szuranie i uczucie, że
coś stoi tuż za mną, że jestem w niebezpieczeństwie. Niewiele myśląc,
zaświeciłam latarką za siebie. Nic nie dostrzegłam. Przerażona,
oświetliłam sufit...
Jęknęłam, przerażona. Sklepienie budynku całe
wymalowane było czerwonymi kręgami, spływającymi częściowo na ściany.
Dopiero po jakimś czasie uświadomiłam sobie, co posłużyło za farbę do
namalowania tych symboli. Zasłoniłam usta ręką i puściłam się biegiem na
zewnątrz. Tam jednak czekała na mnie jeszcze jedna niespodzianka -
drzwi, jeszcze kilka minut wcześniej ledwie trzymające się framugi,
teraz były zamknięte na klucz. Krzyknęłam, w panice uderzając w nie
pięścią. Szuranie potwornych łapsk po spleśniałej, brudnej podłodze było
coraz bliżej, a ja stałam bezradnie pod drzwiami, próbując się
wydostać. Na nic zdawało się szarpanie klamki, uderzanie pięścią w
twarde, dębowe drewno. To było jak szamotanie się ryby złapanej w sieć.
Jednak strach przed potworem wyzwolił we mnie nową siłę. Cofnęłam się od
drzwi, po czym wzięłam rozpęd i uderzyłam w nie całą siłą swojego
ciała. Drewno gwałtownie odpuściło, drzwi rozpadły się na kawałki,
spróchniałe deski padły na ziemię. Coś za mną zasyczało, wrzasnęło
potwornie i uciekło znów w głąb domu. Postanowiłam się już nad niczym
nie zastanawiać i szybkim krokiem ruszyłam w stronę ścieżki. Wiedziałam,
że cokolwiek było w tamtym domu, nie wyjdzie na zewnątrz. Dlatego
ogarnął mnie niezwykły w takiej sytuacji, lecz upragniony przeze mnie
spokój, poczucie bezpieczeństwa. Gdy po chwili znalazłam leśną ścieżkę,
pomyślałam, że niczego więcej już w życiu nie pragnę.
I dopiero wtedy mogłam się tu rozejrzeć.
Trzeba
przyznać, że ten las nocą był wyjątkowo piękny lecz równocześnie
niesamowicie przerażający - zielone bądź niebieskie, świecące grzyby,
porastające konary i ziemię wokół sękatych drzew o powyginanych,
przypominających ludzkie dłonie gałęziach, drżących przy najmniejszym
powiewie, a do tego nieustanne trzaski pękających gałęzi i cienie
rzucane przez zielonobłękitne luminescencje hub - wszystko to nadawało
temu miejscu aury tajemniczości i magii, jakby zaklęte zostały tu jakieś
potężne, tajemne istoty, powoli przekształcające las w część swojego
niesamowitego, cudownego świata. W niemym zachwycie nad niezwykłością
tych terenów, przemierzałam równo wydeptaną ścieżkę, z której za żadne
skarby nie wolno mi było o tej porze zboczyć - jeśli tylko bym to
zrobiła, nie mogłabym jej ponownie odnaleźć, a ten, kto zbłądzi w tym
niebezpiecznym lesie ma prawie zerowe szanse na przeżycie.
Tak więc
szłam, ostrożnie i cicho stawiając każdy kolejny krok, by przypadkowym
hałasem nie zbudzić jakiegoś śpiącego w pobliżu, magicznego monstra.
Zatrzymał mnie dopiero delikatny, lecz jak gdyby zamierzony szelest i
jakiś śnieżnobiały kształt, który przemknął w poprzek ścieżki. W
panującym tu mroku, którego nie rozrzedzały nawet luminescencyjne grzyby
nie mogłam rozpoznać tej istoty. Dlatego zatrzymałam się, przerażona.
Strach ścisnął mi serce, zamroczył umysł. Chciałam zawrócić... Ale
dokąd? Do ruin tego przeklętego domu, pełnego mrocznych, krwawych
symboli i kręgów? Z całą pewnością odwrót nie wchodził w grę.
Rozejrzałam się jednak naokoło. Gdzieś w dali dostrzegłam czerwone
światło płomienia. "Ludzie" pomyślałam i już miałam zejść z bezpiecznej
ścieżki, gdy nagle ów biały kształt znów przemknął przed moimi oczami.
Jego widok przywrócił mi rozum, chęć opuszczenia drogi minęła, gdy
uświadomiłam sobie, że te światła to najpewniej tylko błędne ogniki lub
elfy, które zwabią mnie na manowce. Już wolałam iść wzdłuż tego
wąskiego, prawie niewidocznego traktu, niż zbliżać się do nich,
nieważne, czy przez drogę przebiegał zwykły biały zając czy jakiś potwór
z baśni dla dzieci. W każdym razie wybranie innej drogi na pewno było
dużo gorszym wyjściem.
Nie zdążyłam ujść nawet dziesięciu kroków, gdy
ponownie usłyszałam ten szelest, tym razem za sobą. Na plecach poczułam
czyjś wzrok.Wszystkie komórki mojego ciała kazały mi się nie odwracać,
lecz dalej biec przed siebie na łeb na szyję, lecz dziwne przeczucie
zatrzymało mnie w miejscu. Stanęłam więc, cała trzęsąc się ze strachu, a
po kilku sekundach wahania, spojrzałam za siebie. Zbladłam, przerażona.
Na
samym środku drogi siedziało stworzenie, będące z budowy czymś pomiędzy
lisem a wilkiem. W większości pokryte było perłowobiałym, połyskującym
futrem, lecz jego ogon, uszy, a także sierść pomiędzy przednimi łapami
miały barwę smolistej czerni. Oba kolory były od siebie oddzielone
wyraźnymi granicami, w żadnym miejscu się nie zlewały. Lecz to nie to
tak bardzo mnie przeraziło. Najgorsze były jego oczy - rubinowoczerwone,
lśniące, inteligentne ślepia, wlepione we mnie, zaglądające w głąb
mojej duszy, odbijające ją. To one sprawiły, że zapragnęłam jak
najszybciej oddalić się od tego dziwnego stworzenia. Ono jednak, jakby
wyczuwając moje zamiary, zamerdało przyjaźnie ogonem i spuściło nieco
wzrok, bym nie czuła się tak speszona. Kiedy w tej chwili na nie
patrzyłam, ni rozumiałam, co mnie tak przerażało - to "coś" sięgało mi
na siedząco nieco ponad kolana, do tego wydawało się takie czyste,
niewinne. Poczułam błogi spokój i już wiedziałam, że ta istota jeszcze
nigdy ni zrobiła nikomu krzywdy. Wręcz przeciwnie. Uklęknęłam więc przed
nim i nieśmiało, szeptem, spytałam:
-Możesz odprowadzić mnie do skraju lasu?
Lis-wilk
wstał nagle i machnął jednokrotnie ogonem. Każdy wykonywany przez niego
ruch był pełen gracji, patrzyło się na niego z zachwytem. Istota ta
jednak uznała widocznie moją prośbę za ubliżającą jej godności i
zmrużyła badawczo oczy. Chciała, bym wyjaśniła, dlaczego ma ze mną iść.
Czułam to.
-Boję się teraz iść tym lasem sama. Jeśli będziesz mi towarzyszyć, strach stanie się słabszy.
Stworzenie znów machnęło ogonem, tym razem dwukrotnie, po czym z powrotem usiadło.
Shira.
Przestraszyłam
się, gdy usłyszałam swoje imię. Brzmiało to jakby ktoś, jakieś dziecko
lub młoda dziewczyna, szeptało je wewnątrz mojej głowy. Przeszedł mnie
wyjątkowo nieprzyjemny dreszcz. Uznałam je jednak za wybryk mojej
wyobraźni. Postanowiłam zagłuszyć ciszę panującą w tym lesie własnym
głosem, uznawszy, że to przez ten właśnie bezdźwięk doznaję takich
złudzeń.
-To jak, pójdziesz ze mną? Z tobą będzie mi dużo mniej...
Jesteś tu TYLKO ty, Shira.
Dobra,
to była już lekka przesada. Takie szepty rozlegają się zawsze w
chwilach całkowitego milczenia, nie przerywają w pół zdania. Lis-wilk
machnął ponownie ogonem, wydawał mi się czymś lekko rozbawiony. Nagle
coś do mnie dotarło.
-To TY to mówisz! - prawie wykrzyknęłam,
zdumiona. Stworzenie jakby się uśmiechnęło i mrugnęło powoli, na znak,
że to co mówię, jest zgodne z prawdą.
-W jakim sensie jestem tu tylko ja? - spytałam
Niedługo zrozumiesz, Shiro.
-Skąd
znasz moje imię? - w tej chwili chciałam zadać tej istocie tysiące
pytań, a mimo to zadałam tylko to jedno, wyjaśniające najmniej. Innych z
jakiegoś powodu nie umiałam wymówić, ukształtować w zdanie.
Znam imiona wszystkich ludzi.
Mówiła to z lekkim oburzeniem, jakby to było takie oczywiste. Niecierpliwie machała ogonem, zirytowana moją ignorancją.
-Wybacz, ale niewiele rozumiem.
Zmrużyła groźnie swoje krwawe ślepia. Znów zajrzała wgłąb mojej duszy, czułam to.
Chodź za mną. Dla ścisłości, możesz zwracać się do mnie Nali.
Wstała
i zeszła ze ścieżki, prowadząc mnie gdzieś w las, przez jego
najmroczniejsze zaułki. Z trudem za nią nadążałam, potykałam się o
większość gałęzi. Zawsze wtedy Nali siadała, patrzyła na mnie z pogardą,
i czekała aż wstanę. Od razu potem ruszała w dalszą drogę, nie
oglądając się za siebie. Zatrzymała się dopiero na polanie, porośniętej
niezwykłymi, świecącymi miliardem barw roślinami. Wydawało mi się, że
znów się uśmiecha. Usiadłam, zmęczona, na trawie przed nią. Poczułam
nagle senność, wbrew własnej woli osuwałam się na ziemię. Spod
półprzymkniętych powiek zdołałam dostrzec jeszcze tylko srebrzystą łunę,
która zaczęła roztaczać się wokół Nali. Zaraz potem straciłam
świadomość.